Kiedy przestałam się ścigać

Jak sobie popatrzę na moją przeszłość, na to, jaka byłam kiedyś, to dochodzę do wniosku, że chyba nigdy specjalnie nie lubiłam stawać z kimś w wyścigu. A jednak często w nim uczestniczyłam. Pchała mnie raczej presja. Czasem otoczenia, a czasem ta sztucznie wykreowana przeze mnie we własnej głowie. Chcąc nie chcąc, stawałam do wyścigu, nie czując się z tym najlepiej, ale jednocześnie realizując coraz bardziej wyśrubowane plany.

Bo przecież można więcej. Szybciej. Lepiej. A skoro można, to dlaczego nie?

Kiedy spasowałam?

Chyba wtedy, gdy zrozumiałam, że to droga donikąd. Że osiągając jeden szczyt, już widzisz kolejny. I kolejny. A w tym całym biegu najmniej smakuje wygrana.

W sierpniowy, słoneczny poranek jechałam na rowerze przez Velo Czorsztyn. Trasa wymagająca, ale dająca ogromnie dużo satysfakcji. I tak sobie jechałam, podziwiając widoki, pokonując kolejne podjazdy, aż w pewnym momencie dotarło do mnie, o co właściwie chodzi z tym starym, utartym już frazesem, że nie chodzi o sam szczyt, ale o drogę, którą pokonujesz, żeby do niego dotrzeć.

Bo to właśnie ta droga dawała mi najwięcej.

Malownicze widoki, solidne podjazdy, chwile, kiedy trzeba było trochę mocniej nacisnąć na pedały, i nawet kawa od czeskich marynarzy na trasie (tak, to było szalone!).

Wróciłam zmęczona, ale jednocześnie naładowana pozytywnymi wrażeniami. I to właśnie z nich czerpałam najwięcej. Nie z satysfakcji, że przejechałam trasę tak szybko, jak to tylko możliwe. Nie z tego, że byłam lepsza od kogoś. Ale z samego przeżywania tej drogi.

Przygotowania do półmaratonu nauczyły mnie zresztą całkiem sporo. Jedną z najważniejszych lekcji było to, żeby się nie porównywać i nie ścigać z innymi.

Podejrzewam, że spaliłabym się już na samym początku, gdybym zaczęła porównywać swoją kondycję z kondycją innych biegaczy. Bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto biega szybciej, dłużej i wygląda przy tym, jakby właśnie wyszedł na spacer po bułki.

A ja? Ja chciałam po prostu pobiec.

Bieganie daje mi ogromną radość. To, że nie cisnęłam na spektakularny wynik, dało mi przestrzeń, żeby wsłuchać się we własne ciało. Żeby poczuć, kiedy mogę przyspieszyć, a kiedy lepiej odpuścić. Żeby czerpać przyjemność z samego biegu, a nie tylko z tego, co pokaże zegarek na mecie.

Bieganie jest dla mnie formą relaksu. Ok, czasem męczącego ;), ale nadal relaksu. Nie kolejnym polem do udowadniania sobie, że potrafię więcej, szybciej i mocniej.

I chyba właśnie tego zaczęłam szukać również w innych obszarach życia.

Nie chcę już ścigać się z innymi. Nie chcę też ścigać się z własnymi wyobrażeniami o tym, jaka powinnam być i co powinnam osiągnąć.

Bo wiesz co?

Życie nie jest zawodami. Nie ma jednej mety, na której ktoś wręczy nam medal za to, że zdążyłyśmy zrobić wszystko, co sobie zaplanowałyśmy.

A nawet jeśli jest, to ja chyba wolę po drodze zatrzymać się na kawę.

Popatrzeć na widoki.

Złapać oddech.

I po prostu być.

Bez presji, porównywania, ciągłego udowadniania, że jestem wystarczająco dobra.

Bo może właśnie wtedy, kiedy przestajemy się ścigać, zaczynamy naprawdę smakować życie.

A Ty? W jakim momencie swojego życia przestałaś się ścigać? A może wciąż jesteś w trakcie odpuszczania?

Napisz mi o tym w komentarzu. Jestem ciekawa, czy też masz już za sobą ten moment, w którym dotarło do Ciebie, że życie smakuje zdecydowanie lepiej, kiedy nie próbujesz nikogo dogonić.

Do następnej kawy! ☕

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.