Przy kawie o lustrze. Dlaczego kobiety są wobec siebie tak krytyczne?

Kilka lat temu byłam z Małą na basenie. Pamiętam to dokładnie, choć była to jedna z tych zwyczajnych sobót, które zazwyczaj szybko ulatują z pamięci. W damskiej szatni panował gwar. Dziewczynki biegały między ławkami, poprawiały ręczniki, szukały szczotek do włosów i co chwilę zerkały w lustro….

fot. unsplash.com free licence

– Zobacz, jaki mam nowy kostium! – powiedziała jedna z nich.

– Ale śliczny! – odpowiedziała druga.

Trzecia stanęła przed lustrem, obróciła się wokół własnej osi i z szerokim uśmiechem stwierdziła:

– Ja wyglądam jak syrenka!

I żadna z nich nie powiedziała:

„Mam za grube uda.”

„Brzuch mi wystaje.”

„Powinnam schudnąć.”

„Źle wyglądam w tym kolorze.”

Patrzyły na siebie z zachwytem.

Z czułością.

Zwyczajnie się sobie podobały.

Pamiętam, że wtedy pomyślałam: w którym momencie to się zmienia? Dlaczego kobiety są wobec siebie tak krytyczne?

Kiedy przestajemy patrzeć na siebie oczami małych dziewczynek?

Kiedy zamiast zauważać piegi na nosie, zaczynamy widzieć zmarszczki?

Kiedy uśmiech przestaje być najładniejszą rzeczą w naszym odbiciu, a zaczynamy liczyć fałdki, siwe włosy i kolejne oznaki upływającego czasu?

Nie pamiętam chwili, w której to się wydarzyło.

Może stało się po trochu.

Trochę przez kolorowe magazyny, które mówiły nam, jak powinnyśmy wyglądać.

Trochę przez reklamy obiecujące wieczną młodość.

Trochę przez komentarze zasłyszane mimochodem.

Trochę przez porównywanie się do innych kobiet.

A trochę dlatego, że same wobec siebie bywamy najbardziej surowymi krytyczkami.

Mówimy do siebie rzeczy, których nigdy nie powiedziałybyśmy najlepszej przyjaciółce.

Że jesteśmy niewystarczające.

Za grube.

Za stare.

Za zmęczone.

Nie dość.

Tymczasem mała dziewczynka w nowym kostiumie po prostu widzi siebie.

Nie projekt do poprawienia.

Nie listę niedoskonałości.

Siebie.

Dlaczego kobiety są wobec siebie tak krytyczne?

Zastanawiam się czasem, co powiedziałaby o nas ta kilkuletnia wersja nas samych.

Czy naprawdę zwróciłaby uwagę na zmarszczkę przy oku?

Czy uznałaby, że nasze ciało jest problemem?

Czy może zachwyciłaby się tym, że potrafimy zrobić naleśniki, prowadzić samochód, czytać książki naszym dzieciom, pracować, kochać i wciąż marzyć?

Zobacz również: Wakacyjne książki o miłości!

Myślę, że byłaby z nas dumna.

I może właśnie tego chciałabym nauczyć się po czterdziestce.

Nie kochać siebie codziennie i bezwarunkowo, bo wiem, że nie zawsze jest to łatwe.

Ale przynajmniej patrzeć na siebie trochę łagodniej.

Z większą życzliwością.

Z mniejszą podejrzliwością.

Nie szukać od razu tego, co należałoby poprawić.

Zauważyć to, co już jest dobre.

Bo może największą dojrzałością nie jest pogodzenie się z upływem czasu.

Może jest nią odzyskanie spojrzenia, które kiedyś miałyśmy.

Takiego, które pozwala stanąć przed lustrem i pomyśleć:

„To jestem ja.

I naprawdę jestem w porządku.”

A Ty?

Pamiętasz jeszcze, jak patrzyła na siebie mała dziewczynka, którą kiedyś byłaś?

3 komentarze

  1. To uderzające, jak w pewnym momencie naturalny zachwyt sobą zamieniamy na nieustanny wewnętrzny audyt. Twoje słowa o odzyskiwaniu spojrzenia małej dziewczynki bardzo mocno rezonują. Ta łagodność wobec samej siebie, o której piszesz, to nie tylko kwestia akceptacji, ale wręcz najwyższa forma dojrzałości i wolności, jakiej możemy się nauczyć w dorosłym życiu. Dziękuję za to przypomnienie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.