Mam czasem wrażenie, że kobiety potrafią zatroszczyć się o cały świat. Pamiętamy o lekach naszych dzieci, umawiamy wizyty kontrolne rodzicom i wyczuwamy zmęczenie bliskich szybciej niż oni sami. A kiedy przychodzi do zadbania o siebie, nagle zaczynamy negocjować. Czy naprawdę tego potrzebuję? Czy nie przesadzam? Czy wolno mi zrobić coś tylko dlatego, że będzie mi z tym lepiej?

– Chciałabym bardziej o siebie zadbać – powiedziałam.
– Coś ci jest? – usłyszałam natychmiast.
– Nie. Po prostu widzę, że nie odżywiam się najlepiej. Sporo ćwiczę i chciałabym jeść bardziej wartościowo.
– To gotuj.
– Nie bardzo mam na to przestrzeń. Pomyślałam o cateringu.
– Catering? To przecież bez sensu. Szkoda pieniędzy.
– Chcę zadbać o siebie.
– Ale po co? Przecież jesteś zdrowa.
Rozmowa zaczynała przypominać przesłuchanie.
– A dzieci?
– Dzieci jedzą obiady w szkole. Bardzo im smakują. A kiedy wracają do domu, zawsze mogą liczyć na coś dobrego. Dla nich nadal będę gotować.
– A dla siebie już nie? Już ci się nie chce?
I właśnie wtedy dotarło do mnie, że ta rozmowa nie jest wcale o jedzeniu.
– A gdybym była chora? – zapytałam. – Gdybym miała specjalistyczną dietę zaleconą przez lekarza, catering byłby w porządku?
– No oczywiście – padła odpowiedź.
I wtedy zrozumiałam coś jeszcze.
Jak bardzo przywykłyśmy do tego, że wolno nam o siebie zadbać dopiero wtedy, gdy sytuacja staje się poważna.
Kiedy organizm zaczyna protestować.
Kiedy wyniki badań nie pozostawiają złudzeń.
Kiedy lekarz mówi: „Musi pani.”
Dopóki jednak jesteśmy „tylko” zmęczone, przepracowane i funkcjonujemy na rezerwie, troska o siebie wydaje się fanaberią.
Luksusem.
Kaprysem.
Przejawem lenistwa.
Przecież można jeszcze wytrzymać.
Jeszcze trochę.
Jeszcze jeden tydzień.
Jeszcze jeden miesiąc.
Przecież nic mi nie jest.
A może właśnie nie o to chodzi, żeby czekać, aż coś nam będzie?
Może troska o siebie nie wymaga usprawiedliwienia.
Może nie trzeba zasłużyć na odpoczynek.
Nie trzeba zasłużyć na wygodę.
Nie trzeba zasłużyć na zdrowe jedzenie.
Nie trzeba zasłużyć na wizytę u fizjoterapeuty.
Nie trzeba zasłużyć na godzinę spaceru.
Nie trzeba zasłużyć na sen.
Nie trzeba być chorą, żeby zatroszczyć się o własne zdrowie.
I może właśnie to jest jedna z trudniejszych lekcji, których uczę się po czterdziestce.
Że profilaktyka nie jest egoizmem.
Że dbanie o siebie nie jest oznaką słabości.
Że stawianie siebie czasem na pierwszym miejscu nie oznacza, że przestajemy kochać innych.
Wręcz przeciwnie.
Trudno dawać z pustego kubka.
I choć nadal łapię się na tym, że próbuję uzasadnić swoje potrzeby przed światem, coraz częściej przypominam sobie, że nie jestem winna nikomu aktu oskarżenia za to, że chcę o siebie zadbać.
A potem uśmiecham się pod nosem.
Bo jest jeszcze coś, czego nie powiedziałam.
Ta rozmowa naprawdę nie była łatwa.
Zwłaszcza że przeprowadzałam ją we własnej głowie.
Z samą sobą.
I chyba właśnie dlatego rozumiem ją tak dobrze.
Bo najtrudniej przekonać tę część siebie, która przez całe życie wierzyła, że na troskę trzeba sobie najpierw zapracować.
A przecież nie trzeba.
Nigdy nie trzeba było.
