Przy kawie o tym, że dbanie o siebie nie jest egoizmem

Mam czasem wrażenie, że kobiety potrafią zatroszczyć się o cały świat. Pamiętamy o lekach naszych dzieci, umawiamy wizyty kontrolne rodzicom i wyczuwamy zmęczenie bliskich szybciej niż oni sami. A kiedy przychodzi do zadbania o siebie, nagle zaczynamy negocjować. Czy naprawdę tego potrzebuję? Czy nie przesadzam? Czy wolno mi zrobić coś tylko dlatego, że będzie mi z tym lepiej?

 

dbanie o siebie nie jest egoizmem
fot. unsplash.com free licence

– Chciałabym bardziej o siebie zadbać – powiedziałam.

– Coś ci jest? – usłyszałam natychmiast.

– Nie. Po prostu widzę, że nie odżywiam się najlepiej. Sporo ćwiczę i chciałabym jeść bardziej wartościowo.

– To gotuj.

– Nie bardzo mam na to przestrzeń. Pomyślałam o cateringu.

– Catering? To przecież bez sensu. Szkoda pieniędzy.

– Chcę zadbać o siebie.

– Ale po co? Przecież jesteś zdrowa.

Rozmowa zaczynała przypominać przesłuchanie.

– A dzieci?

– Dzieci jedzą obiady w szkole. Bardzo im smakują. A kiedy wracają do domu, zawsze mogą liczyć na coś dobrego. Dla nich nadal będę gotować.

– A dla siebie już nie? Już ci się nie chce?

I właśnie wtedy dotarło do mnie, że ta rozmowa nie jest wcale o jedzeniu.

– A gdybym była chora? – zapytałam. – Gdybym miała specjalistyczną dietę zaleconą przez lekarza, catering byłby w porządku?

– No oczywiście – padła odpowiedź.

I wtedy zrozumiałam coś jeszcze.

Jak bardzo przywykłyśmy do tego, że wolno nam o siebie zadbać dopiero wtedy, gdy sytuacja staje się poważna.

Kiedy organizm zaczyna protestować.

Kiedy wyniki badań nie pozostawiają złudzeń.

Kiedy lekarz mówi: „Musi pani.”

Dopóki jednak jesteśmy „tylko” zmęczone, przepracowane i funkcjonujemy na rezerwie, troska o siebie wydaje się fanaberią.

Luksusem.

Kaprysem.

Przejawem lenistwa.

Przecież można jeszcze wytrzymać.

Jeszcze trochę.

Jeszcze jeden tydzień.

Jeszcze jeden miesiąc.

Przecież nic mi nie jest.

A może właśnie nie o to chodzi, żeby czekać, aż coś nam będzie?

Może troska o siebie nie wymaga usprawiedliwienia.

Może nie trzeba zasłużyć na odpoczynek.

Nie trzeba zasłużyć na wygodę.

Nie trzeba zasłużyć na zdrowe jedzenie.

Nie trzeba zasłużyć na wizytę u fizjoterapeuty.

Nie trzeba zasłużyć na godzinę spaceru.

Nie trzeba zasłużyć na sen.

Nie trzeba być chorą, żeby zatroszczyć się o własne zdrowie.

I może właśnie to jest jedna z trudniejszych lekcji, których uczę się po czterdziestce.

Że profilaktyka nie jest egoizmem.

Że dbanie o siebie nie jest oznaką słabości.

Że stawianie siebie czasem na pierwszym miejscu nie oznacza, że przestajemy kochać innych.

Wręcz przeciwnie.

Trudno dawać z pustego kubka.

I choć nadal łapię się na tym, że próbuję uzasadnić swoje potrzeby przed światem, coraz częściej przypominam sobie, że nie jestem winna nikomu aktu oskarżenia za to, że chcę o siebie zadbać.

A potem uśmiecham się pod nosem.

Bo jest jeszcze coś, czego nie powiedziałam.

Ta rozmowa naprawdę nie była łatwa.

Zwłaszcza że przeprowadzałam ją we własnej głowie.

Z samą sobą.

I chyba właśnie dlatego rozumiem ją tak dobrze.

Bo najtrudniej przekonać tę część siebie, która przez całe życie wierzyła, że na troskę trzeba sobie najpierw zapracować.

A przecież nie trzeba.

Nigdy nie trzeba było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.