Mam wrażenie, że większość z nas ma całkiem niezły trening w dźwiganiu. Dźwigamy obowiązki, cudze oczekiwania, poczucie odpowiedzialności i tę cichą presję, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Tylko rzadko ktoś mówi nam, że istnieje jeszcze inna umiejętność. Być może trudniejsza od wytrwałości. Sztuka odpuszczania.

Jeszcze kilka lat temu byłam przekonana, że dobra sobota to taka, po której można z satysfakcją powiedzieć: „Wszystko zrobione”.
Zakupy.
Pranie.
Sprzątanie łazienki.
Zmiana pościeli.
Upieczenie ciasta.
Odpisanie na zaległe wiadomości.
Aktywność z dziećmi.
Trening.
Przygotowanie posiłków na kolejne dni.
A najlepiej jeszcze znaleźć chwilę dla siebie. Taką krótką. Między odkurzaniem a nastawieniem zmywarki.
Pamiętam takie dni, kiedy około czternastej byłam już zmęczona i rozdrażniona. Zła na domowników, że nie pomagają wystarczająco. Zła na siebie, że nie ogarniam tego wszystkiego z uśmiechem i wdziękiem, jak kobiety z internetowych rolek.
I wtedy przyszła do mnie pewna niewygodna myśl. Może właśnie na tym polega sztuka odpuszczania – na zgodzie, że nie wszystko musi być zrobione idealnie.
Sztuka odpuszczania nie jest rezygnacją
A co, jeśli nie muszę robić wszystkiego?
Nie, świat się nie zatrzymał.
Nikt nie wystawił mi mandatu za nieumyte okna.
Dzieci nie doznały traumy, bo ciasto było kupione, a nie upieczone własnoręcznie.
Nie zawaliło się niebo dlatego, że odpisałam komuś dzień później.
Za to ja po raz pierwszy od dawna usiadłam z kubkiem kawy i poczułam ulgę.
Myślę, że kiedyś źle rozumiałam odpuszczanie.
Wydawało mi się, że odpuszczają ludzie leniwi. Tacy, którym się nie chce. Tacy, którzy rezygnują.
Dzisiaj myślę, że odpuszczanie wymaga ogromnej odwagi.
Odwagi, żeby powiedzieć:
„Na dziś wystarczy.”
Odwagi, żeby nie być najlepszą we wszystkim.
Odwagi, żeby przyznać, że nie dam rady.
Odwagi, żeby nie mieć idealnie posprzątanego domu.
Odwagi, żeby nie być dla wszystkich dostępna przez cały czas.
Bo prawda jest taka, że wiele z nas potrafi unieść naprawdę dużo.
Tylko czy wszystko, co potrafimy unieść, musimy dźwigać?
Przez lata brałam na siebie więcej, niż było trzeba.
Cudze emocje.
Cudze oczekiwania.
Cudze problemy.
Odpowiedzialność za atmosferę przy stole.
Poczucie winy, kiedy ktoś był niezadowolony.
Przekonanie, że jeśli czegoś nie dopilnuję, wszystko się rozsypie.
A potem odkryłam coś, co było jednocześnie wyzwalające i trochę bolesne.
Nie wszystko jest moje do niesienia.
Nie jestem odpowiedzialna za szczęście wszystkich wokół.
Nie jestem od tego, żeby wszystkich ratować.
Nie jestem w stanie przewidzieć każdej trudności i zapobiec każdemu rozczarowaniu.
I nie muszę.
Najtrudniej było jednak odpuścić samej sobie.
Odpuścić bycie idealną matką.
Idealną partnerką.
Idealną pracownicą.
Idealną kobietą.
Odpuścić tę wewnętrzną presję, która szeptała, że mogę bardziej, szybciej, lepiej.
Że jeszcze trochę.
Jeszcze jeden wysiłek.
Jeszcze jedno poświęcenie.
Tylko że życie nie jest konkursem na to, kto zrobi najwięcej kosztem siebie.
Dzisiaj moje odpuszczanie nie wygląda spektakularnie.
Czasem oznacza kupione ciasto zamiast pieczonego.
Czasem niewysłaną wiadomość.
Czasem nieidealny obiad.
Czasem powiedzenie: „Nie dam rady.”
Czasem położenie się wcześniej spać.
A czasem po prostu zgodę na to, że nie wszystko będzie zrobione.
Dzisiaj wiem, że sztuka odpuszczania nie polega na tym, żeby przestać się starać. Polega na tym, żeby przestać walczyć ze sobą.
I wiesz co?
Za każdym razem przypomina mi, że nie jestem na tej ziemi po to, żeby zasłużyć na ocenę celującą z życia.
Jestem po to, żeby je przeżyć.
I może właśnie na tym polega prawdziwa sztuka odpuszczania.
Nie na rezygnacji z tego, co ważne.
Ale na zdjęciu z własnych ramion ciężaru, którego nigdy nie powinnyśmy były dźwigać.

Ja często odpuszczam, po co sie denerwować?
Ja się nauczyłam. Nadal uwielbiam robić listy rzeczy do zrobienia i skreślać kolejne pozycje. Ale potrafię już też powiedzieć : „na dziś wystarczy, jutro też jest dzień”. Ciężko było, ale udało się.