Rzeczy, których już nie muszę udowadniać

Był taki czas w moim życiu, kiedy bardzo zależało mi na tym, żeby udowodnić, że sobie radzę. Że dam radę. Ze wszystkim. Z pracą. Z domem. Z wychowaniem dzieci. Z problemami. Ze zmęczeniem. Z życiem. Chciałam udowodnić, że jestem silna. Zaradna. Odpowiedzialna. Że można na mnie polegać. I chyba najbardziej chciałam udowodnić, że jestem coś warta….

Długo myślałam, że wartość kobiety mierzy się tym, ile potrafi unieść. Dzisiaj wiem, że są rzeczy, których już nie muszę udowadniać. I szkoda, że odkryłam to dopiero po czterdziestce.

Jak dobrze wszystko organizuje.

Ile rzeczy ogarnia jednocześnie.

Jak rzadko prosi o pomoc.

Jak dzielnie zaciska zęby.

Dzisiaj myślę sobie, jakie to było smutne.

I jakie męczące.

Potrafiłam swoim kosztem dosłownie się zajechać, żeby udowodnić – choć sama nie wiem już komu – że zasługuję na miejsce, w którym jestem.

Że zasługuję na to, co mam.

Że nie dostałam niczego przypadkiem.

Że jestem wystarczająca.

Najbardziej absurdalne jest to, że nikt nigdy ode mnie tego nie wymagał.

To ja sama postawiłam sobie poprzeczkę tak wysoko, że przez lata ledwo dosięgałam do własnych oczekiwań.

A kiedy już udało mi się coś osiągnąć, zamiast się zatrzymać i ucieszyć, natychmiast przesuwałam tę poprzeczkę jeszcze wyżej.

Jakby odpoczynek był nagrodą tylko dla tych, którzy zrobią wszystko idealnie.

Jakby trzeba było zasłużyć na życzliwość wobec samej siebie.

Rzeczy, których już nie muszę udowadniać

I nie chodzi o to, że przestałam się starać.

Po prostu przestałam wierzyć, że moja wartość zależy od liczby odhaczonych zadań.

Nie muszę już udowadniać, że jestem dobrą matką, bo czasem jestem zmęczona.

Nie muszę udowadniać, że jestem kompetentna, pracując ponad siły.

Nie muszę udowadniać, że zasługuję na odpoczynek.

Nie muszę udowadniać, że wszystko mam pod kontrolą.

Nie muszę udowadniać, że zawsze jestem silna.

Nie muszę mieć odpowiedzi na wszystkie pytania.

Nie muszę być dla wszystkich.

Nie muszę być najlepsza.

Coraz częściej myślę, że dojrzałość nie polega na tym, że wiemy więcej albo potrafimy więcej.

Polega na tym, że coraz rzadziej potrzebujemy czyjegoś pozwolenia, żeby być sobą.

Nie potrzebuję już pieczątki z napisem: „wystarczająca”.

Nie potrzebuję zasługiwać na swoje życie.

Nie muszę nikomu tłumaczyć swoich wyborów.

Mogę powiedzieć „nie”, nie dopisując do tego elaboratu pełnego usprawiedliwień.

Mogę odpocząć, nie zasługując wcześniej na zmęczenie.

Mogę zmienić zdanie.

Mogę nie mieć siły.

Mogę czegoś nie chcieć.

Mogę być jednocześnie silna i delikatna.

I wiesz co?

To nie sprawiło, że stałam się mniej odpowiedzialna.

Wręcz przeciwnie.

Po raz pierwszy naprawdę zaopiekowałam się sobą.

Czasem myślę o tej młodszej wersji siebie.

O dziewczynie, która tak bardzo chciała udowodnić światu, że da radę.

Chciałabym ją wtedy przytulić i powiedzieć:

„Naprawdę nie musisz robić aż tyle, żeby zasłużyć na miłość.

Nie musisz zasłużyć na odpoczynek.

Nie musisz zasłużyć na swoje miejsce przy stole.

Nigdy nie musiałaś.

Byłaś wystarczająca od samego początku.”

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.