Jest niedziela. Piszę ten tekst tydzień przed jego publikacją. Mam uchylone okno, przez które sączy się muzyka z koncertu Dawida Podsiadło….

Wczoraj, gdy po raz pierwszy grał na Stadionie Śląskim w ramach nowej trasy koncertowej, siedzieliśmy całą rodzinką na tarasie. Okryci kocami, słuchaliśmy dźwięków odbijających się lekkim echem od okolicznych bloków i drzew. I w pewnym momencie miałam ciarki. Pomyślałam wtedy o tym, jak niezwykłe są piosenki, które towarzyszą przez całe życie. Takie, które wracają po latach i nadal wywołują dokładnie te same emocje.
Są takie piosenki, które towarzyszą nam przez całe życie.
Gdy usłyszałam pierwsze akordy i głos Artura Rojka śpiewającego „Długość dźwięku samotności”, zamarłam. Tej piosenki słuchałam mając naście lat. To jeden z tych utworów, które towarzyszą przez całe życie, nawet jeśli przez jakiś czas o nich zapominamy. Była ze mną podczas pierwszych przyjaźni, pierwszych rozczarowań i pierwszych wielkich marzeń. Później przez lata wracała w różnych momentach życia.
Do dziś mam ją na Spotify, na playliście o wiele mówiącej nazwie „Sentymenty”.
Z zamyślenia wyrwała mnie Młoda, która zaczęła nucić ją razem ze mną.
Tak. Razem ze mną.
I to dopiero było zaskoczenie.
Nie miałam pojęcia, że zna Myslovitz.
Podobno tylko ten jeden utwór. Ale i tak zrobiło mi się ciepło na sercu.
Bo nagle okazało się, że piosenka, która była częścią mojego świata kilkadziesiąt lat temu, trafiła również do jej świata.
Kilka tygodni wcześniej podobne zaskoczenie przygotowała mi Metallica.
W Kotle Czarownic odbywał się koncert. Bilety były wyprzedane od dawna, ale od czego ma się własny taras.
Wyszłam do ogrodu tylko na chwilę. Chciałam sprawdzić, czy zamknęłam drzwi do garażu.
Nad głową miałam gwiazdy. Księżyc chował się w koronie starego orzecha.
I wtedy usłyszałam pierwsze dźwięki „Nothing Else Matters”.
Stanęłam jak wryta.
Nigdy nie przypuszczałabym, że usłyszę ten utwór na żywo.
A już na pewno nie we własnym ogrodzie.
Stałam więc pośród ciemności, patrzyłam w niebo i słuchałam.
Z uśmiechem.
Trochę jak nastolatka.
Trochę jak kobieta po czterdziestce.
A może po prostu jak ja.
Muzycznie ten rok wyjątkowo mnie zaskakuje.
Ale chyba nie chodzi wyłącznie o muzykę.
Im jestem starsza, tym częściej dostrzegam, jak wielką moc mają piosenki, które towarzyszą przez całe życie.
Zmieniają się czasy.
Zmieniają się fryzury.
Zmieniają się adresy.
Zmieniają się ludzie wokół nas.
A potem nagle słyszymy kilka znajomych akordów i przez krótką chwilę wszystkie wersje nas samych spotykają się w jednym miejscu.
Ta nastolatka.
Ta dwudziestolatka.
Ta trzydziestolatka.
I ta kobieta, którą jesteśmy dzisiaj.
Przy jednej piosence.
Przy jednym wspomnieniu.
Przy jednym dźwięku.
I myślę sobie, że to całkiem niezwykłe.
A teraz jestem ciekawa.
Jaka piosenka towarzyszy Tobie przez całe życie?

Ja ile razy słyszę „Wciąż bardziej obcy” Lady Pank to natychmiast jestem znów nastolatką w swoim pokoju przy kaseciaku. 🙂
Jak ja Cię dobrze rozumiem! swoją drogą to niesamowite, jak muzyka potrafi nas przenieść mentalnie w czasie 😀
Akurat fanką Dawida to nie jestem.
Ja w sumie też nie znam całej dyskografii, ale skoro tyle osób przyjechało na koncert, to musiało coś w tym być;)