Mieszkam w dużym mieście, gdzie właściwie cały czas coś się dzieje. Kina. Muzea. Teatry. (Jeśli lubisz musicale, polecam Teatr Rozrywki – naprawdę warto.) Do tego koncerty, mecze i wydarzenia na Stadionie Śląskim. Nie sposób się nudzić. Ale…

Moje nastoletnie Baby też regularnie wyciągają mnie z domu na różne atrakcje. Raz koncert, innym razem festiwal albo wydarzenie, o którym jeszcze tydzień wcześniej nie miałam pojęcia.
I chociaż lubię ludzi, rozmowy i wspólnie spędzony czas, coraz częściej wybieram spokój. Nie dlatego, że świat stał się mniej ciekawy. Po prostu życie po czterdziestce nauczyło mnie bardziej świadomych wyborów.
Ciszę.
Spokój.
Zwyczajny wieczór bez planów.
Jeszcze kilka lat temu miałabym poczucie, że coś mnie omija. Że skoro dzieje się tyle ciekawych rzeczy, powinnam korzystać z każdej okazji.
Dzisiaj już tego nie czuję.
Ignorantka z wyboru
Tak sobie ostatnio pomyślałam, że stałam się trochę ignorantką z wyboru.
Od dawna nie oglądam wiadomości. Nie dlatego, że świat przestał mnie interesować. Po prostu nauczyłam się wybierać to, co naprawdę chcę wpuszczać do swojej głowy.
Nie śledzę każdej afery,
Próżno szukać u mnie angażowania się w internetowe wojny.
Nie śledzę dramatów rozgrywających się w mediach społecznościowych.
Coraz rzadziej interesuje mnie też to, kto co powiedział, kto komu odpowiedział i dlaczego wszyscy są akurat oburzeni.
Robię swoje.
I tyle.
Jeszcze kilka lat temu uznałabym takie podejście za obojętność.
Dzisiaj widzę w nim troskę o własny spokój. Coraz bardziej zależy mi na tym, by zachować wewnętrzny spokój i nie rozpraszać energii na sprawy, które niczego nie wnoszą do mojego życia.
Na wszystko płacimy energią
Z wiekiem zaczęłam coraz wyraźniej dostrzegać, że każda rzecz, każda relacja i każde zaangażowanie mają swoją cenę.
Nie zawsze płacimy pieniędzmi.
Częściej płacimy uwagą.
Czasem czasem.
A najczęściej energią.
I właśnie energia stała się dla mnie czymś bardzo cennym.
Coraz bardziej świadomie wybieram ludzi, miejsca i sprawy, którym chcę ją poświęcać.
Nie dlatego, że przestałam lubić świat.
Po prostu przestałam mieć potrzebę uczestniczenia we wszystkim.
Towarzyskie „udzielanie się”
Ostatnio zauważyłam też coś jeszcze.
Towarzyskie „udzielanie się” kosztuje mnie znacznie więcej niż kiedyś.
Samo to określenie jest zresztą bardzo trafne.
U-dzielam się.
Daję coś od siebie.
Swoją uwagę.
Swoją obecność.
Swoje emocje.
Swoją energię.
I choć nadal lubię spotkania z ludźmi, coraz częściej zauważam, że po intensywnym tygodniu nie potrzebuję kolejnych bodźców.
Potrzebuję ciszy.
Kubka kawy.
Książki.
Spaceru.
Kilku godzin, podczas których nikt niczego ode mnie nie chce.
Spokój nie jest nudny
Przez lata spokój kojarzył mi się z czymś, co przychodzi dopiero na emeryturze.
Dzisiaj myślę zupełnie inaczej.
Spokój nie oznacza rezygnacji z życia.
Nie oznacza wycofania.
Nie oznacza, że przestałyśmy być ciekawe świata.
Oznacza jedynie, że zaczynamy wybierać bardziej świadomie.
Nie wszystko wymaga naszej opinii.
Nie każda dyskusja potrzebuje naszego udziału.
Nie każde zaproszenie trzeba przyjąć.
Nie każdą informację trzeba przeczytać.
I to jest w porządku.
Coraz częściej wybieram spokój
Może właśnie na tym polega jedna z piękniejszych rzeczy, które przynosi dojrzałość.
Na odkryciu, że nie musimy być wszędzie.
Nie musimy wiedzieć wszystkiego.
Nie musimy reagować na wszystko.
Możemy po prostu usiąść z kubkiem kawy przy oknie.
Posłuchać ciszy.
Poczytać książkę.
Pójść na spacer.
I wrócić do siebie.
Bo im jestem starsza, tym bardziej wierzę, że życie po czterdziestce nie musi oznaczać ciągłego pośpiechu. Coraz częściej wybieram spokój, bo właśnie on pomaga mi zachować równowagę i żyć bardziej w zgodzie ze sobą.
Spokój jest częścią dobrego życia.

Wszystko mialam tsk samo, a po pięćdziesiątce przestało mi się też chcieć udzielać towarzysko…
Ech, mnie też już trochę to dopada. A może to po prostu racjonalne zarządzanie własną energią i dobrostanem?