Powiem Ci tak między nami…#17

Ostatnio opowiadałam ci o tym, jak wygląda u nas sprzedaż mieszkania. Dodam, że wciąż szukamy potencjalnego kupca. I sytuacja ekonomiczna mocno nam w tym nie pomaga. Dzisiaj posłuchaj, jak to agenci nieruchomości pukali do naszych drzwi. Bo jak się okazuje, brylować w tym zawodzie każdy…

powiem ci tak miedzy nami

Z perspektywy tych czterech miesięcy myślę, że na początku byliśmy zieloni niczym szczypiorki na wiosnę. I chyba tylko nasza wrodzona podejrzliwość i dystans do świata sprawił, że nie daliśmy się nabić w butelkę…

O potencjalnych kupujących pisałam tu: Kilka typów osób, które niekoniecznie chcą kupić mieszkanie…

Pani co nas nie poznaje…

Zadzwoniła do nas chwilę po tym, jak ogłoszenie pojawiło się w sieci. Powiedziała, że reprezentuje właśnie klientkę, która sprzedaje nieruchomość w naszej klatce schodowej. Nie trzeba było Sherlocka, aby domyślić się o, które mieszkanie chodzi. Umówiliśmy się, że jak przyjdzie z zainteresowanymi zobaczyć to inne mieszkanie, to wpadną i do nas.

Okazało się, że na obietnicach się skończyło, a rzeczona agentka nieruchomości mijając nas na klatce schodowej w określony dzień, udawała, że nas nie zna. Jak się potem okazało, jawnie działała na niekorzyść sąsiadki. Może dobrze, że nie zajęła się naszym mieszkaniem?

Dziunia z MacBookiem

Mieszkam na czwartym piętrze, bez windy. Blondwłosa agentka nieruchomości przyszła do nas w 12 cm szpilkach. Za samo to szacun. Potem było już tylko gorzej. Obejrzała pobieżnie mieszkanie, stwierdzając, że przydałoby się tu zrobić remont.

Dygresja: Ponoć ludzie rzucają się na wyremontowane mieszkania jak przysłowiowy szczerbaty na suchary. Nie wiedzą, że lwia część tych prac jest zrobiona tylko „na chwilę” i zacznie się psuć szybciej, niż weźmiesz się za gruntowne porządki w swoim nowym lokum.

Usiedliśmy w salonie i wtedy ona wyciągnęła laptop i przez długi czas coś w nim szukała. W końcu okazało się, że chciała pokazać stronę internetową firmy, którą reprezentuje. Słuchając jej opinii, dowiadywaliśmy się, że rozpoczynając współpracę na wyłączność właśnie z XY nieruchomości, nasza oferta wejdzie do bazy dla ekskluzywnych klientów. No i zrobią nam wirtualny spacer po naszym mieszkaniu. I to za jedyne dwanaście procent prowizji od sprzedaży mieszkania. Powiedziała to na koniec. To znaczy, dla niej to jeszcze nie był koniec, bo się rozkręcała z prezentacją. Po prostu zręcznie skierowałam ją do wyjścia. 

Prawnik i agent w jednym

Zadzwonił i powiedział, że chciałby się umówić i zobaczyć mieszkanie. I że oczywiście nie pobiera wysokiej prowizji. Jeszcze wtedy dawaliśmy się na to nabrać. Było gorące, sierpniowe popołudnie i marzyłam, aby wyjść do parku na spacer z dziewczynami. Ale czekałam na agenta. Przyszedł, pochwalił mieszkanie, a potem… po piętnastu minutach rozmowy o niczym wyskoczył z sześcioprocentową prowizją od sprzedaży. 

Dygresja: Nigdy nie dawaj się nabrać na taką wysoką prowizję. To zwykłe zdzierstwo, nawet jeżeli oferują ci nagranie mieszkania do sprzedania w formie spaceru 3D!

Wracając do rzeczonego prawnika, w pewnym momencie nie wytrzymałam i zakończyłam spotkanie. Na odchodne zdążył jeszcze powiedzieć, że ma nadzieję, że nie był to czas stracony. Cóż, odpowiedziało mu głośne trzaśnięcie drzwiami. Miałam dość. 

Jak ksiądz po kolędzie

Pamiętam, że do tej wizyty zupełnie nie przywiązywałam wagi. Serio, byłam wkurzona na tych wszystkich domorosłych agentów, którzy wymyślają jakieś dziwne opcje i zdzierają kasę. No sorry, ale nie interesuje mnie ani dostęp do wyrafinowanej i ekskluzywnej bazy klientów ani też film o naszym mieszkaniu, a to wszystko za 6 do 12 procent prowizji od sprzedaży. 

Ten nowy wszedł i od razu zawiesił się na klamce. Zaczepił swetrem, który opinał jego szacowną postawę. Druciane okulary na poczciwej, twarzy sprawiły, że całą sobą próbowałam się powstrzymać od stwierdzenia…

„Ja pierdziele, ksiądz!”*

*cytat pochodzi z jednego ze skeczy Kabaretu Moralnego Niepokoju

Ten agent z kolei okazał się najbardziej kompetentny. I co tu dużo mówić, otworzył nam oczy na rynek nieruchomości. Bo łatwo nie jest, zwłaszcza z większymi mieszkaniami. Te mniejsze faktycznie schodzą szybko i są przerabiane niskim kosztem do późniejszego wynajmu. Dobrze znał lokalny rynek, zrobił zdjęcia i zaproponował prowizję jeden procent. Jeden. Do tego oświecił nas jednym: agentem nieruchomości może być w dzisiejszych czasach każdy.

Dygresja: gdy kończyłam studia prawnicze, miałam do wyboru jeszcze specjalizację z nieruchomości. Dwuletnie studia podyplomowe kończyły się egzaminem państwowym. Jeżeli zdało się go pozytywnie, zdobywało się licencję i możliwość odbycia praktyk. Od 2014 roku jednak, dzięki ustawie deregulacyjnej, taki zawód może wykonywać każdy. I to po prostu widać. 

Nie rozmawiam z agentami

W pewnym momencie byliśmy już tak…zdenerwowani, że jeżeli dzwonił jakiś agent, to kończyliśmy rozmowę po „dzień dobry”. Na razie, jakoś bez ich pomocy, różne osoby przychodzą, oglądają i…zastanawiają się. Cóż. Nie tracę jednak entuzjazmu. A ty proszę, trzymaj kciuki za szybką transakcję 🙂

6 Replies to “Powiem Ci tak między nami…#17”

  1. Yyyy Dobrze, że o tym napisałaś. Kurcze ile teraz jest samolubnych spryciarzy, już nawet nie chce mi się na takich patrzeć. Też już po zacnym 'dzień dobry’ odkładałabym słuchawkę, bo ile można z cymbałami przebywać… Z całych sił trzymam kciuki, niech szubko się uda, meeega tego życzę. <3

Leave a Reply